
W niedzielę 11 listopada 9-ta kwalifikacja Pucharu Hunterów zaczęła się typowo. Wczesna pobudka, pakowanie sprzętu, odpalenie auta, zbiórka po drodze współpasażerów, którzy po dojeździe na miejsce zawodów zwykle zamieniają się we współzawodników na torze. Podróż odbywa się w akompaniamencie powiewających na lekkim wietrze flag narodowych wywieszonych na pamiątkę odzyskania niepodległości po próbie wymazania Polski z mapy Europy przez zaborców. Pogoda bardzo przyjemna, wprawdzie temperatura z rana rześka, ale słoneczko uparcie nie daje się przykryć przez chmury, prawie bez wiatru - ot sielanka jak na tę porę roku.
Na miejsce przybywamy bardzo wcześnie, gospodarze bez pospiechu krzątają się przy ustawianiu kolejnych stanowisk. Nasza pilność wyprzedziła nawet pojawienie się przewoźnego biura Andreasa. M.C. na miejscu, ale pozbawiony swojego żelaznego atrybutu - chrono (ma przyjechać razem z Andreasem) korzysta z wolnego czasu i ucina towarzyskie pogawędki z przybywającymi licznie zawodnikami. Po drodze na zero range widać, że ulubiona przez Hunterów dolna "łączka" z reguły wyposażona w kapryśny wiaterek znowu zostanie użyta do ustawienia toru. Na zerze póki co nie ma tłoku, można wybrać przychylny zestaw tarcz do podziurawienia. Jak zawsze można się przekonać, że nie można pozwolić zastać się pokrętłom wieżyczek od regulacji krzyża lunety. Postrzelali, pokręcili - można ustąpić innym miejsca na strzelnicy technicznej i udać się z powrotem na miejsce odprawy.
Ale odprawa każe na siebie nieco poczekać.
Samochód szczelnie wypełniony kolegami z Czech zagubił się na trasie. Wszyscy honorowo czekamy na kolegów jadących z tak daleka. Wreszcie docierają i odprawa rozpoczęta. Na odprawie Andreas złapał wiatr w żagle i detalicznie przedstawia zasady bezpieczeństwa i ustawienie toru. Symultanicznie jest tłumaczony przez Radlukaj'a dla kolegów z Czech. Łukasz miał chyba włączony kompresor translacyjny ponieważ kwieciste, polskie wypowiedzi Andreasa po czesku miały znacznie bardziej skrótową formę.
Ale wszystko się kiedyś kończy i skończyła się też odprawa. Idziemy na tor z reguły w 4 osobowych grupach. Troszkę oczekiwania i zaczyna się strzelanie. Pogoda coraz lepsza i sprzyjająca osiągnięciu dobrych wyników. Tor ciekawy, urozmaicony, stanowiska bardzo komfortowe - bez konieczności stosowania ekstremalnej gimnastyki.
Zawody toczą się bez większych zatorów i nadmiernej ilość gwizdków - były całe 2 szt. z czego jeden ze względu na milusińskich spacerowiczów.
3 godziny upłynęły w miłej i sympatycznej atmosferze okraszonej jednak nieodzownym elementem sportowej rywalizacji.
Niektórzy pod pretekstem uprzejmego zasłaniania nisko operującego słońca nie mogli się oprzeć pokusie podglądania stosowanej przez kolegów techniki strzeleckiej.
Koniec zawodów - jeden komplecik punktów (ustawiacze torów muszą tą klęskę jakoś przełknąć) i dużo wyników ponad 90%.

















